Dłużników wpisanych do rejestrów jest w Polsce ok. 2,5 mln. W sumie zalegają oni na kwotę ponad 15 mld zł. Co czwartego ścigają firmy windykacyjne, co piątego – banki, parabanki i biura pożyczkowe. Co zrobić, gdy dług staje się niespłacalny?

– Największą zmorą osób fizycznych są pożyczki-chwilówki – mówi Maciej Puk, prowadzący w Poznaniu kancelarię radcowską. – Standardowa sytuacja wygląda tak: klient ma kredyt hipoteczny, spłaca go, ale czasem brakuje mu pieniędzy na utrzymanie, bo ma miejsce nagła choroba, duży wydatek rodzinny lub utrata pracy. Wówczas sięga po „chwilówki” – opowiada prawnik.

Łukasz Białkowski z Kancelarii Oddłużeniowej dodaje: – To są osoby, które za wszelką cenę próbowały się ratować, ale ciężko to nazwać ratunkiem, bo zaciągały pożyczki często na kilka tysięcy procent rzeczywistej rocznej stopy procentowej. Dla porównania: oprocentowanie kredytu w bankach wynosi ok. 20 proc. I jeśli osoby nie stać na spłatę raty bankowej, to tym bardziej nie będzie jej stać na spłatę pożyczki-chwilówki.

Adam Sójka, analityk z kancelarii Upadłość Konsumencka, zna małżeństwo lekarzy, które „od ręki” po okazaniu zaświadczenia o wykonywanym zawodzie zaciągnęło pożyczkę i się pogrążyło. – Były kiedyś kredyty dla wolnych zawodów. Rekordziści mają milionowe długi, a łączne miesięczne raty na poziomie 20 tys. zł – opowiada.

Jedna zaciągnięta pożyczka rzadko sprawia problemy. Problem pojawia się wówczas, gdy dłużnik wpada w pętlę: zadłuża się coraz bardziej, by spłacić wcześniejsze zobowiązania. Wśród klientów Macieja Puka są rekordziści, którzy zaciągnęli ponad dwadzieścia „chwilówek”. – Pożyczki udzielane są w sposób bardzo przystępny, wystarczy podać dane z dowodu, a po pięciu minutach pieniądze lądują na koncie – mówi Łukasz Białkowski. Przyznaje, że jeszcze parę lat temu dłużnik miał tego typu pożyczek na około 15 tys. zł. Teraz bardzo wiele osób ma po 60 tys. czy 70 tys. zł samych „chwilówek”, do tego są kredyty w bankach, pożyczki od znajomych. – Osoba fizyczna, która do nas trafia, ma średnio 100–300 tys. zł długu – komentuje.

Zdarzają się nawet rolnicy

Maciej Puk mówi, że z dziesięciu trafiających do jego kancelarii klientów siedem to osoby fizyczne. Kim są pozostali?

Są to głównie przedstawiciele małego biznesu zadłużeni od kilkudziesięciu tysięcy do ponad miliona złotych. – Najcięższe są przypadki przedsiębiorców, którzy mają zadłużenia w ZUS-ie i urzędzie skarbowym. Składki należy płacić regularnie, więc jeżeli przedsiębiorca nie składa wniosku o upadłość i nie kończy działalności, dług z miesiąca na miesiąc rośnie – komentuje Adam Sójka.

Przychodzą do kancelarii oddłużeniowych także ci, którym plany pokrzyżowała sytuacja polityczna na Wschodzie. Wśród dłużników są rolnicy. Łukasz Białkowski akurat ma dwie takie sprawy. – Jeden rolnik prowadził hodowlę tuczników i sprzedawał do Rosji. Drugi miał plantację rzepaków i też handlował z Rosją. Rosja tymczasem nałożyła embargo na produkcję z UE, a rolnicy popadli w długi. Tego typu sytuacje najczęściej kończą się zawarciem porozumień. Poręczycielem pożyczek dla rolników zazwyczaj jest Bank Gospodarstwa Krajowego. Gorzej, że rolnicy zadłużają się na bardzo duże pieniądze – opowiada właściciel kancelarii. Ten, który hodował tuczniki, zapożyczył się w dwóch bankach na kwotę 1 mln zł. Prawie połowę tego wynoszą odsetki, bo dłużnik przez ponad dwa lata nie podejmował żadnych negocjacji z wierzycielami. A złota zasada oddłużania mówi, że nie należy chować głowy w piasek, tylko rozmawiać. Po podpisaniu porozumień będzie miał do zapłacenia ok. 600 tys. zł.

Oddłużanie

Co robią specjaliści, gdy przychodzą do nich dłużnicy? Maciej Puk dodaje, że każda sprawa jest inna i dlatego nie ma typowego postępowania. Można próbować wydłużyć okres kredytowania, obniżyć marżę banku, a jeśli umowa jest już wypowiedziana, podpisać ugodę z wierzycielem na dogodnych warunkach. Pierwsze pytanie, które oddłużeniowiec kieruje do dłużnika, dotyczy możliwości finansowych pozwalających spłacić zadłużenie. Ustala się harmonogram spłat. To są kwoty dużo niższe, niż wynika z umów pożyczkowych. – Znacznie lepiej jest zawrzeć ugodę na spłatę długu w niewielkich ratach, niż doprowadzić do egzekucji i generować dodatkowe koszty – tłumaczy prawnik.

Osoby prowadzące działalność gospodarczą mają możliwość ogłoszenia upadłości. Muszą jednak posiadać majątek, który zostanie przeznaczony na spłatę wierzycieli i pokrycie kosztów postępowania. Poza tym byli przedsiębiorcy (zostając osobami fizycznymi) najczęściej nie wiedzą, że muszą składać wnioski o upadłość fizyczną. – Nikt tego nie robi. A to jest okoliczność, która znacząco utrudnia ogłoszenie upadłości konsumenckiej w momencie, gdy już przestaną być przedsiębiorcami, ale wciąż będą posiadali długi z dawnej działalności – mówi Adam Sójka.

Konsument upada

Wśród dłużników, którzy zgłaszają się do kancelarii Adam Sójki, przeważają małżeństwa po czterdziestce. – Albo inaczej – precyzuje specjalista – przychodzą kobiety, u których niewypłacalność przyszła od strony małżonka-przedsiębiorcy. Jeśli rodzina miała wspólnotę majątkową, żona została współdłużnikiem. A jeśli występowała rozdzielczość majątkowa, to kobieta często była poręczycielem – tłumaczy Adam Sójka.

Zdarzały się w jego praktyce kobiety, które zostawały dłużniczkami po rozwodzie: gdy dochodziło do rozpadu gospodarstwa domowego, były małżonek zaprzestawał spłaty kredytu hipotecznego. W momencie zaciągania go zdolność kredytowa bazowała na obu dochodach, tymczasem jeden odpadł. Na kobietę spadał ciężar długu i kłopot ze ściągnięciem alimentów, bo to z nią najczęściej pozostają dzieci.

– Jeżeli klient fizyczny nie ma dochodów ani majątku, a popadnięcie w kłopoty nie wynika z celowych zaniedbań, to zastanawiamy się nad możliwością zgłoszenia upadłości konsumenckiej – mówi Maciej Puk. Możliwość taką osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej mają od kilku lat. – Jeśli sąd przychyli się do tej decyzji, to syndyk ustala plan wpłaty maksymalnie do trzech lat w dogodnych dla dłużnika kwotach, a resztę długu umarza. „Karą” dla dłużnika jest brak możliwości zaciągania dalszych kredytów. ednak to jedyna szansa, by uniknąć egzekucji komorniczej – dodaje prawnik.

Kancelaria Łukasza Białkowskiego niedawno miała taki przypadek. – Dłużniczka, gdy do nas trafiła, miała prawie 100 tys. zł długu. Kobieta próbowała porozumieć się z wierzycielami i spłacać zadłużenie, mimo że zarabiała najniższą krajową – opowiada właściciel kancelarii. Upadłość konsumencką w tym wypadku udało się skutecznie przeprowadzić, dłużniczka zapewne będzie miała umorzony cały dług bez planu spłaty.

Ciężki przypadek: wierzyciel

Zanim jednak złożą do sądu wniosek o upadłość konsumencką klienta, kancelarie próbują się porozumieć z wierzycielami. Ci jednak nie zawsze chcą rozmawiać. Maciej Puk mówi, że firmy pożyczkowe i reprezentujący ich windykatorzy wciąż mają kłopot ze zrozumieniem, że ugoda jest również dla nich lepszym wyjściem. – Mam sprawę, która się ciągnie od półtora roku. Od samego początku wystąpiłem z propozycją spłaty długu w trzech ratach pod warunkiem wycofania egzekucji. Przez cały czas firma windykacyjna odmawia porozumienia, twierdząc, że nie ma możliwości wycofania pozwu od komornika. Notabene, komornik nic nie wyegzekwował, bo w tym wypadku nie ma możliwości. Gdyby została zawarta ugoda, przez półtora roku pożyczka byłaby spłacona. To był dług w granicach 2 tys. zł – opowiada prawnik.

Podaje również przykład banku, który nie chce zawrzeć ugody z dłużnikiem. – Dłużnik na dom miał zaciągnięty kredyt hipoteczny, przez dłuższy okres spłacał go, ale przez trzy czy cztery miesiące miał problemy finansowe i nie płacił rat. Bank wypowiedział mu umowę kredytową i przystąpił do egzekucji. Sprawa ciągnie się od roku. Dłużnik pracuje na umowę o pracę, mógłby spłacać zadłużenie, natomiast bank chce koniecznie zlicytować nieruchomość – mówi Maciej Puk. Odbyły się już cztery licytacje, ale nabywca się nie znalazł. Bank ponosi duże koszty egzekucyjne, ale mimo to prawdopodobnie niedługo wystąpi o kolejną sprzedaż publiczną.

Źródło: Jak wyjść z pętli zadłużenia?